2008-02-24

Arkadia...

Sobotnie popołudnie spędziliśmy w Arkadii. A jak podaje nieoceniona Wikipedia:
W renesansie Arkadia była uważana przez poetów za krainę wiecznego szczęścia – ziemski raj, symbol wyidealizowanej krainy spokoju, ładu, sielankowej, wiecznej szczęśliwości i beztroski.

Jechaliśmy tam w kilku sprawach:

Pierwsze primo: obmacać aparat fotograficzny, bo zamierzam taki wreszcie nabyć. Tylko obmacać, bo kupować nie ma co - interesujący mnie sprzęt w Saturnie kosztował ok. 800 zł, a w pierwszym z brzegu sklepie internetowym można go kupić już za niewiele ponad 600. A ceny 'saturnowe' i tak nie są jeszcze zbyt 'kosmiczne', bo wg Ceneo.pl cena tego aparatu dobiega do 1100zł:)

Drugie primo: poszukać wierteł 0,3mm i statywu do wiertarki. Mati coś tam znowu lutuje, mikroskopijne dziurki wierci i denerwuje się, bo mu gdzieś coś odstaje o pół mm. Tutaj informacja dla potomnych - w LeroiMerlin nie mają wierteł o średnicy mniejszej niż 1mm. Z pewnością przyda się Wam do czegoś ta wiedza:)

Trzecie primo: kino. Wybieraliśmy się na 'Juno'. Głównie dlatego, że całą resztę obecnych 'hiciorów' już widzieliśmy, Juno dostał 4 nominacje do Oscara, no i zapowiedzi wydały się być dosyć niezłe. Ogólnie rzecz biorąc film to historia o szesnastolatce, która zachodzi w ciążę. Komedia, wbrew pozorom;) W każdym razie, polecam, film niezły:)



Dwie rzeczy z tego sobotniego popołudnia wydały mi się godne zapamiętania i zapisania :) Cytatem dnia będzie zdecydowanie tekst pana ochroniarza z Saturna, wypowiedziany pod moim adresem. Pan ochroniarz rzekł był: 'Proszę pani, proszę nie wchodzić z JEDZENIEM!' I tutaj zagadka dla uważnego czytelnika: co miałam w ręku? Hamburgera? Ogromną porcję lodów z 'Grajkana'? Wielkiego kebaba z dużą ilością surówek?

Nieeeeee... W ręku, a raczej, w buzi:)) miałam lizaka:D Najwyraźniej lizak dla takiej chudzizny jak ja to subsytut co najmniej dwudaniowej kolacji. Albo wyglądam jak trzylatka, która zacznie tego lizaka wszędzie przytykać i oblizywać co popadnie. Czekam, aż zaczną zmuszać ludzi do wypluwania gumy do żucia...:)

Drugie zdarzenie: siedzimy w kinie. Film, jak już wspomniałam traktuje o szesnastolatce w ciąży, lecz nie jest to bynajmniej lekka komedyjka w hamerykańskim stylu. Na widowni siedzą ludzie w wieku od lat nastu do kilkudziesięciu paru. W tym kilkoro rodziców z dziećmi w wieku na oko lat dwunastu.

Nie wiem, czy dzieciaki coś mówiły/robiły, ale w pewnym momencie dało się słyszeć niezadowolone głosy jakichś starszych panów. Coś o uspokojeniu dzieci, o tym, że to nie film dla nich (no halo, niech wiedzą, co ich może spotkać:)), że to nie przedszkole itd. Głosy wyjątkowo niemiłe. Bo co innego zwrócić komuś uwagę na niewłaściwe w kinie zachowanie, a co innego kierować pod czyimś adresem takie wartościujące wypowiedzi. W pewnym momencie stało się regułą, że 'starsi' na głos i w niezbyt grzeczny sposób upominali młodszych. Nie rozumiem zupełnie, jakim prawem - mnie nic nie przeszkadzało, jak się idzie do kina to jednak trzeba mieć świadomość tego, że ktoś może kaszleć, kichać, śmiać się zbyt długo i zbyt głośno (tym bardziej na komedii!), szeptać i wydawać jakiekolwiek inne dźwięki. Nie po to idzie się w sobotnie popołudnie na komedię, żeby siedzieć przez półtorej godziny na wdechu - coby nie zestresować jakiegoś starszego pana, który najwyraźniej trafił do złej sali. Szczytem wszystkiego była chyba reakcja pewnej pani, która określiła trzy chichoczące zbyt długo nastolatki (po tekście filmowego ojca - 'gościnna w kroku, tak to się teraz mówi?') mianem 'debili'. Proszę pani, trochę kultury...

Ogólnie rzecz biorąc - spędziliśmy bardzo miłe popołudnie. Żal mi jedynie pozbawionych poczucia humoru, złych na otaczający ich świat ludzi, którzy znaleźli się w tym samym miejscu i w tym samym czasie co my;))

Brak komentarzy: