2008-04-15

Austrii ciąg dalszy;)

Jeśli martwiliście się, że śniegu nie ma tu w ogóle, to niepotrzebnie;) Śnieg jest, nawet w dużych ilościach (coś z półtora metra), ale od naszej wioski trzeba było przejechać jeszcze kilkanaście kilometrów aby wspiąć się na naszą górę. Wygląda to dosyć śmiesznie - wszędzie zielono, wiosennie, aż tu nagle wyrasta wielka góra z zupełnie białym szczytem. I na odwrót - zjeżdżasz ośnieżonym stokiem, wokół wielkie zaspy, a w dole zielone pola:)

Hochkar, czyli góra, z której mieliśmy zjeżdżać to w rzeczywistości kilka szczytów przysypanych śniegiem, mających ok. 1800 m.n.p.m. Tras jest co najmniej kilkanaście; wyciągów co najmniej kilka. Nie jeździliśmy wszystkimi: z miejsca, z którego 'startowaliśmy' chodziły trzy wyciągi i to nimi się poruszaliśmy.

Pierwszym naszym dniem na stoku była sobota, przez co na stoku było pewnie trochę więcej ludzi niż w tygodniu. Nie udało się nam zaparkować zaraz pod wyciągiem, ale gdy już z całym rynsztunkiem doszliśmy pod wyciąg uderzyło nas jedno: zupełny brak kolejek. Może co trzeci wagonik jechał pod górę z jakimś pasażerem. Stoki świeciły pustkami, mimo świetnych warunków i znakomitej pogody. Dzięki temu można jeździć w zasadzie bez przerwy, co skutkuje dosyć szybkim zmęczeniem i ewakuacją ze stoku większości narciarzy już po kilku godzinach. Trudno się przyzwyczaić, jeśli dotychczas jeździło się systemem 'dziesięć minut jazdy - czterdzieści minut w kolejce - pięć minut na wyciągu' ;)

Od wtorku natomiast słońce daje się nam we znaki. Szczególnie mi;) Opaliłam sobie paszczę tak potwornie, że nic innego nie robię tylko smaruję się balsamem i próbuję ukryć przed spojrzeniami tubylców:)) No ale nic, może kiedyś przejdzie;))

Generalnie jechaliśmy tutaj z Matim pewni, że Austria jest okropnie droga i przez ponad tydzień będziemy się żywić tylko jedzeniem przywiezionym z Polski. W sumie jednak pozytywnie się rozczarowaliśmy: ceny nie są jakieś nokautujące - na przykład za dwie smażone kiełbaski i wielką porcję frytek zapłaciliśmy 3,6 euro - można się najeść:) Ceny na stoku są odrobinę wyższe, ale nie odbiegają zbytnio od cen na polskich stokach;))

Pierwszego dnia na obiad poszliśmy do jednego z tutejszych pub'ów. Oczywiście kelner nie mówił po angielsku (a była to druga osoba, z którą próbowaliśmy w tym języku tutaj rozmawiać, przez co byliśmy później dość długo przekonani, że nieznajomość angielskiego jest tutaj normą), przez co z niemieckojęzycznym menu musieliśmy radzić sobie sami. Swoją drogą, nie widzieliśmy jeszcze tutaj dwujęzycznych menu, które wydają się być normą w Polsce. W każdym jednak razie z pomocą słownika udało nam się ustalić, że 'pommes frites' to frytki, a 'fisch' to ryba, więc zdecydowałam się na danie którego nazwa brzmiała mniej więcej 'fisch-coś tam und pommes frites'. Pomyślałam - nawet jeśli ta ryba okaże się niezjadliwa, to będą frytki. A frytki to frytki, zepsuć ich nie można;) Mati wziął 'wurst und pommes frites', nie wiedząc zupełnie co to ten 'wurst', ale chyba wychodził z podobnego założenia co ja. W sumie zamówiliśmy dobrze, bo moje 'fisch-coś tam' okazało się być paluszkami rybnymi (może być!), a owe 'wurst' - smażonymi kiełbaskami:)

Po kilku dniach spędzonych w Austrii potrafię już złożyć piękne zamówienie 'ajn wiener sznicel und cwaj kokakola!' Prawda, że podróże kształcą? :)))

Brak komentarzy: