2009-03-10

Sporty ekstremalne - część 1

Miałam napisać relację z wyjazdu w góry, ale ostatnio (od jakiegoś roku:)) cierpię na chroniczny brak czasu i nijak nie mogę znaleźć kwadransa na napisanie tej notki:) Ale oto wolny kwadrans się pojawił, zatem piszę, co następuje:)

Jeszcze przed świętami mieliśmy nadzieję na tydzień w Alpach, i to tym razem wysokich (zgodnie z wyznawaną przeze mnie zasadą tendencji zwyżkowej - nieważne, na co zmieniasz pracę/chłopaka/miejsce w którym spędzasz wakacje, ważne, żeby kolejne było lepsze od poprzedniego:)). Pech chciał jednak, że zdarzył się kryzys finansowy, który odbił się nie tylko na światowej gospodarce lub, bardziej lokalnie, na liczbie zatrudnionych w Banku (200 osób zwolnili, pisałam już? Ale ja się jeszcze dzielnie trzymam:)), ale też na naszych planach wyjazdowych. Euro skoczyło prawie do 5 zł, tak więc postanowiliśmy machnąć ręką na Alpy i zostać w Polsce. A z drugiej strony żal mi chyba było urlopu, zważywszy na fakt, że i tak będę musiała wziąć niedługo urlop na napisanie pracy magisterskiej.

W każdym bądź razie postanowiliśmy pojechać tam, gdzie się da dojechać w jak najkrótszym czasie. No i nie na cały tydzień, ale na weekend. A więc - ad fontes - do Szczyrku, w którym nie byliśmy lat już 3 albo i 4.

W ogóle to chcieliśmy pojechać tydzień później, ale okazało się, że tydzień później to ma już być ciepło, tak więc pewnego czwartkowego wieczoru stwierdziliśmy, że jedziemy dnia kolejnego po pracy. A że była godzina 22 albo i 23, ja rozłożona na kanapie z Makusiem na kolanach, tak więc wszelkie przygotowania przełożyliśmy na ów dzień kolejny:)

Swoją drogą zastanawiam się, czy da się jeszcze bardziej skrócić proces od podjęcia decyzji o wyjeździe do momentu samego wyjazdu:)

No więc w piątek rano poszukałam nocleg i zarezerwowałam miejsca. Później okazało się, że to samo miejsce niezależnie ode mnie znalazł wcześniej Mati (chyba za długo z nim jest - zaczynamy myśleć tak samo:)). Miejsce - jak się później okazało - fantastyczne - świetny klimat, świetny widok (chata na jakiejś górze:)), świetny gospodarz (z tych, którzy podczas kolacji w karczmie podchodzi, zagaduje i zabawia człowieka rozmową:)).

Na miejsce dojechaliśmy w niespełna 5 godzin. Około godziny 23 (zapowiedziałam, że tak gdzieś się zjawimy) dzwoni do nas właściciel i pyta, gdzie jesteśmy i kiedy będziemy. Byliśmy właśnie w Bielsku, tak więc timing miał idealny, bo do miejsca spoczynku zostało nam kilka kilometrów. On na to, że po nas wyjedzie. Ja już wcześniej spisałam sobie dokładne wskazówki, jak tam dojechać, więc nie chciałam go w sumie kłopotać, ale uparł się i ciężko go było od tego pomysłu odwieść:)

I wtedy padło pytanie:

'A jakim samochodem państwo jadą?'

Myślę sobie - facet chce po nas wyjechać, to pewnie nie chce nas po prostu przegapić, więc odpowiadam, że złotym Clio. A on na to:

'A napęd na cztery koła ma?'

No i tutaj zaczęłam się niepokoić:)) Przypomniałam sobie bowiem fragment opisu dojazdu do tego miejsca, który brzmiał: 'końcowy odcinek traktem leśnym' :)) Opisu kolejnych trzydziestu minut Wam oszczędzę, głównie dlatego, że przez większość czasu miałam zakryte oczy i starałam się nie krzyczeć:) Trakt leśny oczywiście był, do tego pod górkę i pokryty wyślizganą warstwą śniegu. W połowie traktu był ostry zakręt, tak więc należałoby się wcześniej mocno rozpędzić na tym śniegu, żeby dalej podjechać.

Nie podjechaliśmy na samą górę:)) Później przez resztę weekendu Mati wkurzał się, bo tubylcy potrafili pod górę podjechać maluchami bez łańcuchów. No, ale to pewnie są lata doświadczeń:))

Co więcej? Szczyrk wygląda tak jak go zapamiętaliśmy. Gigantyczne kolejki do wyciągów i wiecznie zachmurzone niebo (widzieliście kiedyś słońce w Szczyrku? Ja tam byłam w sumie chyba z 4 razy i sobie nie przypominam:)). Trasy - jedne z ulubionych pod względem urozmaicenia i widoków - chociaż takie sobie jeśli chodzi o przygotowanie (jeden z najgorszych dźwięków - przejechać deską po wystającym kamieniu:)).

Po pierwszym dniu jeżdżenia myślałam, że w niedzielę rano zapakuję się do samochodu i każę odwieźć do domu - tak mnie wszystko bolało. Ale byłam dzielna i przejeździłam też niedzielę:) Skutek był taki, że jeszcze do czwartku chodziłam, jakby mnie pokręciło:) W ogóle to podczas ostatniego zjazdu zaliczyłam taki upadek, że w dalszym ciągu się dziwię, że nic mi się wtedy nie stało. Zagapiłam się, zahaczyłam przednią krawędzią, runełam robiąc po drodze trzy salta i lądując głową w dół stoku. Poleżałam kilkanaście sekund w tej arcywygodnej pozycji, po czym podniosłam się i stwierdziłam, że nic mnie nie boli. Na co pojawiła się myśl, że skoro mnie nic nie boli to znaczy, że musiałam się nieźle walnąć w główkę;) Ale dokulałam się do checkpoint'u i po minie Matiego stwierdziłam, że chyba wszystko jest ze mną ok (oprócz fryzury - fryzura mi się po tym upadku nieco zdeformowała:)).

Poniżej wklejam fotkę (w celach archiwizacyjnych:))

Brak komentarzy: